Wilcza strona mocy
Rozdział 3
"Była zima. Biały puch niczym kołdra okrywał ziemię. Miałam wtedy 14 lat i od roku przyjaźniłam się z Lukiem. Z rana przybiegł do mojego domu budząc mnie poprzez rzucenie śnieżki w okno mojego pokoju. Poszliśmy na puste o tej porze lodowisko, gdzie uczył mnie jak jeździ się na łyżwach. Jeździliśmy cały dzień, a ja ciągle się wywracałam. W pewnym momencie nie wytrzymałam.
Kora: Mam dość! Chodźmy stąd, albo wracam do domu!
Niezdarnie wstałam i próbowałam dojechać do brzegu. Od razu Luke zagrodził mi drogę i złapał mnie, ponieważ wystraszona prawie się wywróciłam.
Luke: Nie wymiękaj Szaraczku. Nie wszystko musi ci się od razu udawać - uśmiechnął się czule, jednak w jego oczach widziałam też odrobinę rozbawienia.
Kora: To nie ma sensu. Jeździmy tu kilka godzin, a ja ledwo umiem ustać na nogach.
Luke: Bo źle się za to zabierasz. Najpierw zawiąż je ciaśniej, powinny ciasno opinać stopę, by ci w nich nie latała. Wtedy łatwo skręcić kostkę.
Postarałam się usiąść ale tylko spadłam na tyłek. 'No cóż...' Według jego rady zaczęłam lepiej zawiązywać łyżwy tak, by opinały dokładnie całą stopę a zwłaszcza kostkę.
Luke: Dobra teraz wstań.
To poszło mi całkiem łatwo, ponieważ spadanie i wstawanie było moim jedynym zajęciem w ciągu ostatnich kilku godzin. Luke podał mi rękę i ruszył powoli zmuszając mnie do tego samego.
Luke: Spokojnie... To tak jak na rolkach.
Kora: Jak na rolkach? - wcześniej nie przyszło mi do głowy takie porównanie. Spróbowałam delikatnie poruszać się jak na rolkach, najpierw jedna noga potem druga. Powoli się rozpędzałam i zaczęłam rozumieć o co chodzi. Jednak gdy tak pędziłam zdałam sobie sprawę, że nie umiem hamować.
Kora: Em... Luke? A jak mam hamować?
Luke: Rozszerz lekko nogi i skieruj wierzchołki łyżw do siebie, albo jedź na jednej, ugnij lekko kolano i ułóż drugą łyżwę prostopadle do pierwszej.
Spróbowałam tego drugiego sposobu i... wywróciłam się. Luke szybko do mnie podjechał i pomógł wstać.
Luke: Nic ci nie jest? Możemy iść do domu jak chcesz...
Kora: Nie. Dopiero co zaczęłam czaić o co chodzi, a ty chcesz mnie ciągnąć do domu.
Uśmiechnął się tylko i odjechał dalej.
Luke: No to chodź- machnął zachęcająco ręką.
Wieczorem czułam się na łyżwach niesamowicie. Już w ogóle mi nie przeszkadzały, nauczyłam się hamować a nawet kilku ciekawych poz i sztuczek.
Luke: I tak oto uczennica przerosła mistrza - uśmiechnął się do mnie.
Zaśmiałam się tylko i przytuliłam go."
Wtedy się obudziłam. Byłam przykryta stertą kocy, a na głowie ktoś mi położył mokrą ścierkę. Zdjęłam ją z głowy i wygramoliłam się spod koca. Astoria szybko do mnie doskoczyła krzycząc na cały dom: "Obudziła się!". Z powrotem okryła mnie kocem i nałożyła ścierkę na głowę. Po chwili do pokoju wbiegła reszta domowników.
Astoria: Jak się czujesz?
Kora: Dobrze... - Odpowiedziałam ponownie zdejmując ścierkę.
Anna: Zemdlałaś... Leżałaś w tym stanie dwa dni...
Kora: Dwa dni?! - powtórzyłam z niedowierzaniem.
Odpowiedzieli mi skinięciem głowy. Jakim cudem leżałam tak dwa dni? To wręcz niemożliwe. Nie byłam zmęczona, chora raczej też nie. Chciałam przypomnieć sobie cokolwiek. Jednak przed oczami miałam tylko dwa napisy, które wtedy widziałam. Obraz przerażających napisów wypalonych w trawie w miejscach, gdzie byliśmy, przyprawił mnie o dreszcze.
Kora: Shikeishū i Bokkusu... - mruknęłam.
Siedem par oczu spojrzało na mnie pytająco. Westchnęłam i zrzuciłam koc, gdy wstawałam.
Kora: W miejscu, gdzie byliśmy były takie napisy... Wypalone w trawie.
Amber: Shikeishū i Bokkusu? - zdziwiła się. Odpowiedziałam skinieniem.- Ciekawe... Shikeishū oznacza Potępioną, a Bokkusu Pudło. Byliście przy którym napisie?
Spojrzałam na nią zaskoczona, a potem na Luka, który odwzajemnił moje spojrzenie.
Kora: Byłam na Shikeishū... Chłopcy na Bokkusu.
Zapadła krępująca cisza. Każdy z nas miał mętlik w głowie. Co to może oznaczać? Dlaczego jestem potępioną? Nagle ciszę przerwał Jacob z grobową miną, a wszystkie twarze zwróciły się ku niemu:
Jacob: Ktoś z was w ogóle słyszał o potępionych?- Pokręciliśmy głowami.- Są to ludzie wyjątkowi. Nie wiem dokładnie czym się od nas różnią, ale czymś na pewno... Na takiej jednej wyspie handluje się nimi...- to mówiąc podszedł do regału i wziął jedną książkę. Otwarł ją na stronie numer 34 i pokazał japoński napis:闇市場- Yamiichiba.
Amber: Czarny rynek? - Przetłumaczyła zaskoczona, a on kiwnął głową.
Jacob: Najgorsze jest jednak to, że nie ciągną tam tylko Potępionych leczy wszystkich, którzy są coś warci.
Ethan: Czyli...
Kora: Czyli jeśli złapią mnie, porwą i was... - skończyłam spuszczając głowę.
Nie mogę narażać ich na niebezpieczeństwo. Tak nie postępuje prawdziwy przywódca. Powinnam ich chronić, nie narażać. Może powinnam odejść? Na co im ja? By mieli same problemy? Nie ma mowy! Poza tym ci, którzy mnie szukają, mogą złapać innych mieszkańców wyspy. W końcu jesteśmy wyjątkowi, a reszta świata normalna. Każdy słono by zapłacił za jednego mieszkańca wyspy Unmei. Luke od razu zrozumiał, co mnie gryzie.
Luke: Ale my nie pozwolimy by cię złapali, prawda?
Wtedy rozległy się okrzyki potwierdzające, że to co mówi jest prawdą. Mimowolnie uśmiechnęłam się do nich i rozejrzałam po pomieszczeniu onieśmielona.
Kora: Ja... Dziękuję, ale nie mogę was narażać... Powinnam was zostawić, żeby was nie złapali...
Luke: Nie ma mowy!
Ethan: Oszalałaś?! Jesteśmy drużyną! Nie zostawiamy swoich!
Kora: Może i jesteśmy drużyną, ale ja jestem przywódcą! Dlatego macie mnie słuchać bez względu na to jak głupia jest akurat ta decyzja!
Amber: Właśnie, jest głupia!Dlatego nie zostawimy cię!
Nagle okno stłukł pokaźnych rozmiarów kamyczek. Szybko wybiegłam z domu chcąc wiedzieć, kto to zrobił. W niewielkiej odległości od nas stała dziewczyna mniej więcej w moim wieku, miała brązowe włosy z wpiętymi różami oraz zielone oczy. Śmiała się w duchu, wiem o tym.
?: Witam, witam moją Shikeishū! - odruchowo zrobiłam krok w tył i prawie wpadłam na Ethana. - Jaka piękna z was ósemka! Sprzedam was z ogromnym zyskiem w jeden dzień! Aria, Tom, Harry i James, łapać ich!
Cała czwórka szybko wybiegła zza pleców dziewczyny i ruszyła w naszym kierunku. Szybko spróbowałam oślepić dziewczynę o białych włosach, jednak coś musiało pójść nie tak, bo szybko złapała mnie za nadgarstek i wyjęła linę. Szarpałam się jak mogłam, jednak to na nic. Założyła mi linę, która pozbawiła mnie wszystkich mocy. Choć nie mogłam się zbytnio ruszać, a moje moce były zablokowane wciąż próbowałam się uwolnić, za co zostałam kopnięta przez dziewczynę w brzuch. Ta szybko pobiegła pomóc wsprzymierzeńcom a mi zostało patrzenie jak dopadają pokolei moich przyjaciół. To było straszne...
?: Ciekawe, czy w okolicy jeszcze ktoś się kręci. Im więcej jeńców tym więcej kasy, prawda Ario?
Aria: Oczywiście Angelo.
Uśmiechnęły się do siebie, gdy pachołki Angeli skończyły robotę. Cała czwórka podzieliła się nami sprawiedliwie i zaczęła gdzieś nieść.
Okazało się, że mieli niedaleko własne obozowisko. Piękne pięć namiotów odbijało promienie słoneczne, między nimi ognisko, a między dwoma fioletowymi stał wóz z kratą, którym pewnie będą nas przewozić. Konie pasły się niedaleko jednego z niebieskich namiotów. Jęknęłam cicho, gdy zaczęliśmy się zbliżać do obozowiska.
Gdy staliśmy przy wozie, Angela podniosła dłoń z idealnie pomalowanymi paznokciami. Wyglądała, jakby się im przyglądała, nie dawała rozkaz zatrzymania się.
Angela: Powinni dostać karę, za stawianie oporu.
Astoria: Karę? - jęknęła cicho.
Amber pokiwała głową. James od razu wiedział co ma zrobić, nie musiał słyszeć tego od przełożonej. Na nasze nieszczęście wyjął zza pasa bat i pokazał Tomowi, by nas odpowiednio ustawił. Olbrzym jedną ręką odwracał nas plecami do kolegi z pracy i choć krzyczałam, błagałam by nas zostawił to wziął zamach i uderzył w plecy biednej Astorii, która nic im nie zawiniła. Obserwowałam, jak z pierwszym uderzeniem zaczyna brakować jej tchu i łapczywie próbuje wziąć dech, jednak jakaś siła jej na to nie pozwala. Jej plecy zalały się krwią, a piękna bluzka zostaje rozdarta w miejscu uderzenia. Ledwo żywa już padała na ziemię, jednak on uderzył po raz drugi. Krzyczała z bólu, a my ze strachu. Wszyscy chcieliśmy, by ją zostawił, by już skończył i jednocześnie modliliśmy się, by nas taki los nie spotkał. Każdy wiedział, że nie uda się mu uniknąć batów, jednak nadzieja umierała ostatnia... Wszyscy oberwaliśmy po dwa razy, ja jako ostatnia. Jakby chcieli, bym patrzyła jak moi przyjaciele cierpią.
W końcu nadszedł czas na mnie. Płakałam widząc moich przyjaciół, widząc jak cierpią i nie mogąc w żaden sposób im pomóc. Pierwszy bat był okropny. Tak jak wszystkim najpierw zaczęło brakować mi tchu, a biała bluzka zabarwiła się na plecach na czerwono rozerwana w miejscu uderzenia. Kolejny bat wydawał się być wyrokiem śmierci, która nie przychodziła. James spojrzał na Angelę, a ja zrobiłam to samo już leżąc obolała na ziemi. Pokazała cztery palce. Całą piątką się uśmiechnęli, a ja dostałam jeszcze cztery razy. Błagałam w duchu by to się wreszcie skończyło. By okazało się, że to zły sen. Jednak nie...
Następnie okrutny Tom wrzucił nas bez krzty współczucia na pakę wozu z kratą, do której wejście otworzyła mu Aria. Gdy wszyscy leżeliśmy nieruchomo na pace zamknęli klatkę i przypięli do wejścia kłódkę. Teraz na pewno nie uciekniemy. Póki co nawet o tym nie myśleliśmy. Każdy ruch był piekłem. Moi przyjaciele pewnie niedługo się pozbierają, jednak ja pewnie nie... Dostałam zbyt bardzo, by nawet myśleć o ruszeniu palcem.
Angela: Osiodłać konie! Ruszamy, gdy każdy będzie gotowy!
































































